Koronawirus we Włoszech, a największa panika w Polsce. Opowiem Wam bardzo osobistą historię

koronawirus we włoszech a największa panika w Polsce

Ten post nie miał nigdy powstać. Nie mam w zwyczaju opowiadania publicznie o życiu prywatnym, przez ponad siedem lat blogowania zdarzyło się to raz, później parę razy najwyżej o czymś wspomniałam. Choć od wielu miesięcy wiem, że to o czym przeczytacie w poście może zrobić społecznie wiele dobrego, to i tak nie chciałam pisać. Zmieniłam jednak zdanie. Od kilku dni – a dokładnie od pojawienia się informacji o wzroście zachorowań na koronawirus we Włoszech – część ludzi w Polsce wpadła w histerię. W czwartek zażądano, by w jednym z polskich miast usunąć dzieci moich przyjaciół z przedszkola. Dzieci są w połowie Włochami, w Polsce przebywają od początku grudnia, ale rodzice innych dzieci uznali, że na pewno roznoszą koronawirus. Również w czwartek kupowałam owoce w warzywniaku. Ktoś kichnął, a połowa ludzi w sklepie zaczęła krzyczeć i uciekła. Moja kosmetyczka żaliła się, że do gabinetu przychodzą klientki i oczekują, że sprzeda im maseczki na twarz, te same, których podobno brakuje w aptekach. Kosmetyczka używa ich do niektórych zabiegów, więc są jej potrzebne, ale klientki wychodzą obrażone. I wiecie co? Ja dużo rozumiem, naprawdę rozumiem obawy, środki ostrożności i pytania, ale nie rozumiem histerii. Dlatego postanowiłam opowiedzieć Wam bardzo osobistą historię, która zaczęła się w styczniu zeszłego roku. To wtedy mój mąż bardzo ciężko zachorował i zanim został poprawnie zdiagnozowany był już jedną nogą w grobie. Przyczyną jego choroby było przechodzone przeziębienie. Banał, prawda? Ilu z Was też tak robi? Ilu złapie tzw. infekcję wirusową czy nawet grypę i chodzi do pracy, narażając siebie tak jak mój Artur? A ile z tych osób dziś panicznie boi się koronawirusa, choć bardzo łatwo może ciężko zachorować z własnej winy?

Post opublikowany 1 marca, powstawał 29 lutego oraz 1 marca na podstawie sytuacji aktualnej w tamtych dniach

Koronawirus we Włoszech – początek

Wszystko zaczęło się w zeszły weekend 22/23 lutego, gdy media obiegły informacje o nagłym wzroście potwierdzonych przypadków zachorowania na koronawirus we Włoszech, dokładnie w regionach Lombardia i Wenecja Euganejska, czyli na północy. Ja akurat zrobiłam sobie wolne od internetu, szykując się na niedzielny przyjazd gości. W niedzielę na chwilę zajrzałam do internetu i dowiedziałam się, że koronawrus niestety rozprzestrzenił się nieco we Włoszech. Wcale mnie ta informacja nie zdziwiła, przecież to była tylko kwestia czasu. Szybko zajrzałam też do blogowej grupy na Facebooku, zatwierdziłam kilka postów i wróciłam do kuchni oraz do garów. W poniedziałek z samego rana jeszcze mnie nie było w internetach, gdyż chodzę wtedy na siłownię. Wróciłam, odpaliłam komputer i dosłownie mnie zatkało. Najpierw grupa. Wśród postów zatwierdzonych dzień wcześniej były takie, w których Czytelnicy dzielili się swoimi zdjęciami oraz informacjami zdobytymi niedawno w podróży. W komentarzach – pomijając te miłe i życzliwe – wypowiedzi oburzonych, że jak to, zdjęcia, informacje, teraz? Przecież one zachęcają innych do podróży i przywiezienia wirusa do Polski! Skandal! Wśród części osób w naszym kraju rozpętała się prawdziwa histeria, natomiast we Włoszech? Włochy żyją prawie normalnie. Tak duża – w porównaniu z innymi krajami Europy – ilość zachorowań na koronawirus wynika głównie z tego, że Włosi na szeroką skalę przeprowadzili badania potencjalnie zakażonych. Jakie podjęto środki ostrożności i zapobiegania rozprzestrzenianiu się wirusa? Odwołano imprezy masowe, ograniczono duże skupiska ludzi, a na lotniskach wprowadzono kontrolne pomiary temperatury. Zamknięto tymczasowo część szkół, uczelni wyższych oraz muzeów, natomiast miasteczka w Lombardi i Wenecji Euganejskiej, w których wykryto najwięcej ognisk choroby objęto kwarantanną. Aby była ona przestrzegana dróg dojazdowych pilnuje policja i wojsko. Doszło również do niewielkiej paniki, gdy ludzie rzucili się do sklepów i zaczęli wykupywać na potęgę żywność oraz środki czystości. W sklepach w całym kraju sprzedają się w dużej ilości żele dezynfekujące do rąk i maseczki. Włosi z własnej woli ograniczyli również chodzenie po miastach i przesiadywanie w knajpach, więc jest dość pusto, nawet w Rzymie, w kościołach natomiast usunięto wodę święconą. To wszystko. We Włoszech na chwilę obecną nie ma epidemii koronawirusa, jego skala do tej pory jest o wiele mniejsza niż coroczna ilość zachorowań na grypę. I teraz zdradzę Wam, co w zaistniałej sytuacji bardzo wkurza sporą część Włochów. Domyślacie się już?

Panika w Polsce po pierwszych doniesieniach z Włoch

To jak histerycznie zareagowała część Polaków zapewne stanie się w przyszłości przedmiotem badań socjologicznych. Sytuacja z warzywniaka mnie rozbawiła, podobnie ta z gabinetu kosmetycznego, jednak żądania usunięcia dzieci moich przyjaciół z przedszkola to była kropla, która przelała czarę. A wczoraj kolejne wieści, po których musiałam przetrzeć oczy i przeczytać raz jeszcze. Pociągiem z Białegostoku do Wrocławia podróżowała zaziębiona osoba, która zapewne z troski o innych miała na twarzy maseczkę. W Lesznie w Wielkopolsce wezwano policję, pogotowie i inspektora sanepidu (źródło wyborcza.pl Poznań). Naprawdę rozumiem obawy ludzi, ja sama również myślę o tym, że być może sytuacja stanie się naprawdę poważna, a ryzyko zarażenia wirusem dość duże, jednak to co się dzieje w zachowaniu części osób w Polsce nie ma w mojej opinii żadnego uzasadnienia. Ludzie rezygnują z wyjazdów do Włoch w najbliższym czasie i nie widzę w tym nic dziwnego, wręcz przeciwnie, nie dziwię się temu. Nawet jeśli nie obawiają się wirusa, to obawiają się ewentualnych utrudnień na miejscu, bo rzeczywiście taki problem jest realny. Natomiast zupełnie nie rozumiem odwoływania letnich wakacji, nawet tych sierpniowych. To jest gruba przesada. Dziś nie wiemy jak się sytuacja rozwinie. Być może wirus dawno już odpuści, czego sobie i Wam życzę. Być może przetrwa i będzie szalał w Polsce, a we Włoszech już nie, albo to inne kraje Europy będą tymi, gdzie zachorowań będzie najwięcej. Proszę, nie panikujcie. Włosi są nieźle wkurzeni, szczególnie na polskie media. Pogratulować grafikom z części kanałów telewizji, których fantazja poniosła i kazała stworzyć mapy Włoch, na których jakieś dwie trzecie powierzchni kraju zamalowano na czerwono jak w przypadku pandemii, w tym Sycylię, gdzie potwierdzono zaledwie trzy przypadki koronawirusa w Palermo i jeden w Katanii. Patrząc na postawę części mediów w Polsce trudno się dziwić ludziom, że panikują. Pamiętajcie, że niektóre media niestety są zainteresowane grillowaniem tego tematu, bo to wpływa na większą oglądalność czy klikalność tekstów w internecie. Co więcej, część mediów wykorzystuje tzw. clickbaity, o czym więcej pisałam w kontekście straszenia erupcjami Etny – klik. Włosi wkurzyli się na polskie media, w internecie wśród znajomych przewijają się zdjęcia ekranów telewizorów ze scenkami z polskich serwisów informacyjnych, gdzie większość kraju pokazana jest na czerwono, są liczne nieprzychylne komentarze, pojawiają się nawet głosy nawołujące, by pozwać polskie media za nieuzasadnione szerzenie paniki.

Naprawdę sądzicie, że koronawirus nie dotarł do Polski?

Ja jestem absolutnie przekonana, że koronawirus dotarł już do Polski, tylko nie został jeszcze potwierdzony lub lada chwila zostanie. To jest niemożliwe, aby przy obecnym łatwym i swobodnym przepływie ludzi ktoś już go do nas nie przywiózł. Były ferie, ludzie jeździli do Włoch, w tym na narty do regionów położonych na północy, sporo osób latało też na południe i mijało na lotniskach ludzi z najróżniejszych zakątków świata. Wyzywanie tych, którzy nie decydują się odwołać podróży do Włoch jest absurdalne. Pamiętajcie, że nawet gdyby wszyscy zrezygnowali z wyjazdów w celach turystycznych, to i tak pozostają osoby, które podróżują ze względów rodzinnych i służbowych, a z takich podróży często zrezygnować nie można. Najważniejsze, to zachować zdrowy rozsądek, nie bagatelizować problemu, co również można zauważyć w niektórych komentarzach w internecie, ale też nie siać paniki. Piszę to z perspektywy osoby, która akurat ma realne powody do panikowania, gdyż mój mąż po długiej chorobie i ogromie przyjmowanych leków ma obniżoną odporność organizmu.

Koronawirus we Włoszech, a rezygnacja z wyjazdu

Często pojawiają się pytania, czy w związku z tą sytuacją można żądać zwrotu pieniędzy od linii lotniczych, hoteli i pensjonatów. Jeśli chodzi o linie lotnicze, to niestety, ale tanie bilety mają to do siebie, że za wszelkie zmiany – w tym datę czy dane podróżującego – należy zapłacić, a opłata ta często jest równa lub wyższa cenie samego biletu. Na tym między innymi polegają tanie linie, że ryzyko zmiany planów przez pasażera ponosi on sam. Ponieważ nie ma epidemii ani tym bardziej pandemii, to nie ma podstaw do żądania zwrotu. Jeśli linia lotnicza odwoła lot, czyli Wasze plany nie będą mogły zostać zrealizowane z powodu decyzji przewoźnika, to tak, jak najbardziej. Odnośnie zarezerwowanych noclegów. Jeśli macie rezerwacje zwrotne w serwisach takich jak booking, to sprawa jest jasna. Jeśli skusiliście się na tańsze oferty bezzwrotne, czyli takie, gdzie pieniądze są pobierane w momencie rezerwacji, to niestety, nie można żądać zwrotu. Można natomiast poprosić, choć wobec widma kryzysu w branży turystycznej i wymuszonego tym spadku cen wątpię, czy taka prośba spotka się z pozytywną odpowiedzią. Z własnego doświadczenia mogę Wam napisać, jak to było w moim przypadku. Niecały rok temu z powodu nawrotu choroby mojego męża (o tym w dalszej części postu) nie doszedł do skutku nasz krótki wyjazd do Kampanii. Ponieważ plany powstały na krótko przed dniem wylotu, to zdecydowałam się na dwie rezerwacje bezzwrotne przez booking, choć zazwyczaj wybieram te nieco droższe, ale możliwe do zmiany bądź odwołania. Kilka dni przed przyjazdem, gdy wiadomo już było, że nie wylecimy, napisałam do obu obiektów tłumacząc sytuację chorobą i pobytem w szpitalu. W obu przypadkach nie były to duże hotele, a pojedyncze apartamenty. W pierwszym przypadku właściciel odpowiedział, że jego nie interesuje dlaczego nie skorzystamy i odmówił zwrotu, w drugim przypadku właścicielka nie dość że zwróciła całą kwotę, to jeszcze napisała, że bardzo jej przykro i życzy nam wszystkiego najlepszego. Pisałam już o tym w mediach społecznościowych, ale powtórzę tutaj: jest mi bardzo przykro i współczuję każdemu, kto miał wyjechać teraz do Włoch, ale zrezygnował i stracił pieniądze. Sama wiem jak to jest. Jeszcze słówko do tych, którzy się wahają: sami musicie podjąć decyzję. Ja mogę jedynie doradzić, by nie popadać w panikę jednocześnie nie bagatelizując sytuacji, a także aby powstrzymać się przed odwoływaniem wyjazdów, które miały się zacząć w połowie kwietnia i później. Poczekajcie i obserwujcie sytuację. Na chwilę obecną linie lotnicze Wizzair odwołałby sporo lotów do Włoch mających się odbyć w marcu i na początku kwietnia, Ryanair póki co nie rezygnuje i lata zgodnie z planem. Aktualizacja 3 marca – Ryanair odwołuje cześć lotów pomiędzy 17 marca, a 8 kwietnia (źródło – klik).

Żeby ciężko zachorować nie jest potrzeby koronawirus

Mówiąc o ochronie i zwiększeniu szans na niezarażenie się koronawirusem specjaliści podkreślają, że obok higieny i częstego mycia rąk bardzo ważna jest odporność organizmu. Na co dzień wielu bardzo lekceważy swoje zdrowie, zaniedbuje, odkłada chorowanie na później, źle się odżywia, żyje w stresie, rezygnuje z wypoczynku, ciągle pracuje po godzinach. To wszystko wpływa negatywnie na Wasz organizm. Nie znam się na medycynie i nie zamierzam nikomu udzielać porad medycznych, choć po ubiegłorocznych doświadczeniach z chorobą mojego męża, a rok wcześniej z przegraną walką z nowotworem mojego taty nauczyłam się całkiem sporo. Mój mąż był pracoholikiem. Dlaczego piszę, że był, a nie że jest? Ponieważ ta choroba i ogrom cierpienia, jakie jej towarzyszyło paradoksalnie wyleczyły Artura z pracoholizmu. Wcześniej nie pomagało nic: kłótnie, prośby, groźby. Praca była najważniejsza. Artur jako świeżo upieczony inżynier budownictwa trafił do korporacji. Firma ta swego czasu była ogromnym przedsiębiorstwem międzynarodowym, w którym praca sama w sobie była zaszczytem i prestiżem, tym większym, że wówczas w Polsce panowało duże bezrobocie. To między innymi wmawiano pracownikom podczas szkoleń. Uczono ich również, że praca jest ważniejsza od wszystkiego innego, w tym od rodziny. Normalną praktyką było, aby pracownika mieszkającego na przykład w Przemyślu wysłać na kontrakt nad morze. Dlaczego? Bo wtedy nie śpieszy się do żony i dzieci, chętniej siedzi w pracy po godzinach i w weekendy, a do domu pojedzie maksymalnie co drugi, trzeci weekend. Ponad dwa lata spędzone w tej korporacji ukształtowały Artura. Oczywiście kolejni pracodawcy chętnie korzystali z jego postawy wiedząc, że zamiast się zbuntować zrobi wszystko, by podołać. Przeciążanie pracą i nadmiarem obowiązków, niejednokrotnie okazywanie niezadowolenia z faktu pójścia na urlop, który zawsze był w złym momencie, niechęć do uznawania nadgodzin, a z drugiej strony niechęć Artura do skorzystania ze zwolnienia lekarskiego i chodzenie do pracy mimo dolegliwości wymagających położenia się do łóżka choć na kilka dni. Wszystko złożyło się na to, że odporność jego organizmu zaczęła poważnie spadać. Zaczęło się od udaru cieplnego w wyniku przegrzania organizmu. Był początek sierpnia 2018 roku, ogromne upały w Polsce sięgające +35ºC. Biuro, w którym pracuje ma ściany pokryte niemal w całości oknami, do tego brak efektywnej klimatyzacji. Do dziś pamiętam, jak nasz lekarz rodzinny błagał Artura, żeby wziął tydzień zwolnienia i poleżał w domu w cieniu i chłodzie. Odmówił. Dwa dni i znów do pracy, w ten sam żar lejący się z nieba. Nie trwało to dłużej niż trzy tygodnie, aż przypętała się kolejna choroba. Tym razem było to bakteryjne zapalenie nerek. Gdyby organizm nie był osłabiony po niedoleczonym udarze to prawdopodobnie bakteria by nie zaatakowała. Tym razem nie było mowy nawet o dwóch dniach na zwolnieniu, bo współpracownik szedł na urlop. Dwa tygodnie zaciśniętych z bólu zębów, leki i do roboty. Bakteria ujarzmiona, ale odporność organizmu już spadała w dół po równi pochyłej. Nadszedł grudzień, okres zachorowań na grypę i wszelkie infekcje grypopodobne. Artur również takową złapał, znów o zwolnieniu i leżeniu w łóżku nie było mowy, bo w pracy jakieś problemy, do tego koniec roku, podsumowania, bla bla bla. To była decyzja, która miała okazać się tragiczna w konsekwencjach, przysłowiowa kropka nad „i”.

Historia choroby mojego męża

Początek koszmaru

Po przechodzonym przeziębieniu Artur cały czas czuł się osłabiony. Na początku stycznia zaczęły go boleć plecy. Poszliśmy do lekarza rodzinnego z obawą, że może wróciła ta infekcja bakteryjna nerek sprzed kilku miesięcy. Ale ból był zlokalizowany jakoś wyżej, po jednej stronie. Lekarz stwierdził, że to pewnie przemęczenie i wypisał tygodniowe zwolnienie. Artur tym razem nie protestował, dziś myślę, że czuł się już gorzej, niż mówił. Tydzień odpoczynku jednak nic nie dał. Kolejny tydzień w pracy i cały czas gorzej i gorzej. Była niedziela, Artur czuł się już bardzo źle, ale na moje sugestie, żeby został w domu, że pójdziemy w poniedziałek do lekarza, reagował złością. To był ostatni, historyczny wręcz dzień, gdy praca była najważniejsza. Zaczęło się w nocy. Straszliwy ból jednego pośladka. Jak się okazało pośladek spuchł tak bardzo, że powiększył się o kilka cm w dół. Pojechaliśmy na SOR. Zwykły lekarz, bez tytułów i stanowisk był tym, który chciał już wtedy przyjąć Artura na oddział. Z dużym prawdopodobieństwem mogło to pomóc zwalczyć chorobę na wczesnym etapie. Jednak – pewnie takie są procedury – musiał skonsultować decyzję. Z oddziału przyszedł ordynator, starszy niemiły facet, który kazał nam wracać do domu i wykupić antybiotyk. Minęło pięć dni, ale było coraz gorzej. Wróciliśmy do szpitala, tym razem na szczęście lekarzem decyzyjnym był ktoś inny. Zrobiono tomograf i natychmiast zabrano Artura na blok operacyjny. Okazało się, że w pośladku jest ropień. „Ropień jest to ostro odgraniczone zbiorowisko ropy w przestrzeni tkankowej, dające objawy bólowe” podaje wikipedia. W rzeczywistości ropień może być powierzchowny, na skórze, lub głęboki, umiejscowiony wewnątrz ciała. Lekarze sądzili, że mają do czynienia z ropniem w pośladku, zabieg miał trwać czterdzieści minut, ale na sali operacyjnej po nacięciu pośladka okazało się, że to co dało objaw w postaci opuchlizny to tylko część problemu. Prawdziwa bomba – ropień wewnątrzbrzuszny wielkości dojrzałego grejpfruta – tykała głębiej. Pęknięcie tego tworu było prawdopodobnie kwestią godzin, a rozlanie się ropy wywołałby zapalenie otrzewnej i sepsę. Operacja trwała trzy godziny. Co spowodowało tą chorobę? Bakteria beztlenowa, która nie rozwinęłaby się, gdyby odporność organizmu nie była obniżona licznymi niedoleczonymi chorobami, stresem i przepracowaniem. Tak nam tłumaczyli lekarze. Ale to był dopiero początek koszmaru. Rana pooperacyjna Artura nie została zszyta, gdyż pozostałości ropy musiały mieć gdzieś ujście. Zostawiono więc głęboką, otwartą ranę prowadzącą z dołu pośladka do brzucha. Co więcej, w ranę włożona była rurka, dzięki której ropa wypływała na zewnątrz do cewnika. Wyobrażacie sobie, jak to musi boleć? No to lecimy dalej. Gdy ropa przestała wypływać rana zaczęła się samoistnie zrastać. Artur dostawał bardzo ciężkie antybiotyki i powoli – jak się wydawało – wracał do zdrowia. Wrócił też do pracy na trzy tygodnie i choć osłabiony, to jednak funkcjonował w miarę normalnie. To wtedy zaplanowaliśmy krótki wyjazd do Kampanii. Sytuacja pogorszyła się nagle.

Komplikacje pooperacyjne

W poniedziałek rano pojechał do pracy, ale już przed południem zasłabł na spotkaniu służbowym. Temperatura ciała wzrosła do 40ºC, a następnego dnia znów leżał na stole operacyjnym. Ropień wrócił. Po drugiej operacji był też trzeci pobyt w szpitalu, diagnostyka i szukanie przyczyn nawrotu, wykluczenie chorób jelit itd. I już po wyleczeniu ropni, po potwierdzeniu, że teraz na pewno nic już nie zostało, że wewnątrz nie ma ani odrobiny ropy, gdy wydawało się, że w końcu będzie koniec, zaczęło się dziać coś, czego nikt nie przewidział. Drugie cięcie poprowadzono bardzo blisko nerwu, który przebiega przez pośladek do nogi i odpowiada za władanie kończyną. W ranie pooperacyjnej zaczął narastać bliznowiec, który – według części lekarzy – oplótł ten nerw. Nerw zaczął być drażniony przez rozrastającą się bliznę, wdał się silny stan zapalny, powodujący ogromne bóle pośladka. Często słyszymy, że ktoś nie może chodzić, prawda? Ale jak wygląda życie kogoś, kto nie może siedzieć? Nie może leżeć na plecach? Ból tak silny, że dorosły facet zbliżający się do czterdziestki płacze jak małe dziecko i krzyczy, że już nie wytrzyma? Przeżyliśmy prawdziwy koszmar, który trwał wiele miesięcy. Najstraszniejsze w tym wszystkim było to, że lekarze rozkładali ręce. Chirurdzy, proktolodzy, anestezjolodzy. Każdy mówił, że można jedynie wyciąć bliznowca, ale on prawdopodobnie i tak odrośnie, nawet bardziej rozległy, a przez tak bliskie umiejscowienie nerwu istnieje duże ryzyko jego uszkodzenia i niedowładu nogi. Każdy lekarz powtarzał, że gdyby był to jego tyłek to nie pozwoliły ciąć, ale jednocześnie nie ma pomysłu, co innego można by zrobić. Na pytanie jak dalej żyć, jak wrócić do pracy przy biurku, gdy nie można siedzieć, nikt na to pytanie nie potrafił odpowiedzieć, aż w końcu gdzieś padło to słowo: renta. Proszę pomyśleć o przejściu na rentę. To był szok, niedowierzanie, rozpacz. Jak to na rentę? W wieku 39 lat?

Leczenie bólu

Niekończący się ból plus ta straszna sugestia doprowadziły do kolejnego problemu – Arturowi zaczęła siadać psychika. Wtedy skierowano nas do Poradni Leczenia Bólu przy Szpitalu Klinicznym na ul. Przybyszewskiego w Poznaniu. Nigdy wcześniej – nie licząc naszego lekarza rodzinnego – nie spotkaliśmy się w publicznej służbie zdrowia z taką empatią i współczuciem. Starszy i bardzo doświadczony lekarz podjął się czegoś, na co – jak twierdził – niewielu jego kolegów by się odważyło. Postanowił blokować problematyczny nerw zastrzykami z koktajlu bazującego na morfinie. Zabieg miał się odbyć na kolejnej wizycie, na pierwszej Artur otrzymał receptę na przeciwbólowe leki opioidowe. To był czerwiec, pięć miesięcy od rozpoczęcia choroby, pięć miesięcy nieustannego, silnego bólu. Nigdy nie zapomnę tego dnia. Po wyjściu ze szpitala pojechaliśmy do mojej siostry, gdzie Artur zażył leki, one zadziałały i w końcu przestało boleć. Popłakał się ze szczęścia i zasnął na leżaku w ogrodzie. Kilka dni później zaczęliśmy jeździć na blokady nerwu. Po wyjściu ze szpitala Artur zataczał się na chodniku jakby był pijany, ludzie odsuwali się od nas. Bez mojej pomocy nie utrzymałby się na nogach. Od tej pory nie mógł zgodnie z prawem prowadzić samochodu, bo leki powodowały efekt identyczny jak zażycie narkotyków. Nie mógł też sam zostawać w domu, musiał być pod stałym nadzorem osoby dorosłej. Blokady nerwu pomagały początkowo na tydzień, ale organizm zaczął się przyzwyczajać i po miesiącu ból ustępował tylko na cztery dni, a lekarz już sygnalizował, że tych zastrzyków nie można przyjmować przez dłuższy czas. Wtedy trafiliśmy do fizjoterapeuty.

Powrót do życia

Pomysł wyszedł od mojej mamy, emerytowanej pielęgniarki, która sama korzystała z fizjoterapii. To był strzał w dziesiątkę. Masowanie blizny, rozciąganie nogi, ćwiczenia, to wszystko zaczęło pomagać i dało nadzieję, że z czasem blizna przestanie dokuczać. Przez ponad cztery miesiące rehabilitacji sytuacja znacznie się poprawiła. W międzyczasie przyszedł czas na odwyk od opioidów, co było kolejnym koszmarem. Bezsenność, nagłe skoki ciśnienia, szalejąca psychika dopominająca się na różne sposoby o lek, który tak szybko uzależnił. Przetrwaliśmy to, ale łatwo nie było. Pod koniec października Artur wrócił do pracy po dziewięciu miesiącach. Nadal nie może siedzieć bez bólu, więc ogranicza je do minimum, przy biurku najczęściej klęczy lub siedzi tylko na zdrowym pośladku. Mimo to kilkukrotnie już nawracał stan zapalny w nerwie, właśnie z powodu siedzenia. Nie chcę nawet wspominać, ile moich planów na zeszły rok nie doszło do skutku przez tą chorobę, ile ciekawych propozycji musiałam odrzucić. Do Włoch wyjechałam ostatecznie tylko dwa razy, choć ta druga podróż, niemal miesięczna, od końca października, to było coś tak wyjątkowego, jakby los chciał mi wynagrodzić cały ten koszmar. Nic na ten temat na razie nie piszę, ale jak już napiszę to gwarantuję Wam, że będzie to coś wyjątkowego, będzie o czym czytać. Dodam jeszcze, że oprócz naszego wspaniałego fizjoterapeuty (gabinet znajduje się pod Poznaniem w kierunku południowym, jeśli ktoś potrzebuje i jest gotów dojechać, to proszę o e-mail, podam namiar w wiadomości prywatnej) Arturowi pomogły ćwiczenia na siłowni, rozciągające nogę i pośladek. Nasz lekarz rodzinny miał po Arturze podobny przypadek i dzięki naszemu doświadczeniu mógł lepiej pomóc swojemu pacjentowi. To – oprócz koronawirusa – jeden z powodów, dla których zdecydowałam się napisać ten post. Być może ktoś z Was ma podobne problemy i nikt mu nie może pomóc. A może sami leczycie ludzi i ta historia naprowadzi Was na rozwiązanie. Przy okazji ropni, to straszne dziadostwo, bardzo żrące, szybko postępujące. Artur ma porażony odcinek jelita, przy którym rozwinął się ropień. Choroby jakie nas dotykają często wynikają z zaniedbania organizmu. Tak było w przypadku mojego męża. Mam nadzieję, ze ta historia przemówi choć do kilku pracoholików. Życie i zdrowie mamy tylko jedno.

Życie blogera to nie tylko internet

Wiecie już, jak wyglądał dla mnie rok 2019. Dlatego przy okazji chciałabym wspomnieć o czymś jeszcze. Nie zliczę przypadków, gdy ktoś miał do mnie o coś pretensje w internecie. A to nie dostał odpowiedzi na pytanie, a to za rzadko publikowałam na blogu nowe posty, a to ktoś musiał poczekać na zatwierdzenie postu w grupie, a to potencjalny klient pytający o program podróży oburzył się, że on chce płacić, a ja nawet nie odpiszę tego samego dnia. Rok wcześniej, gdy umierał mój tata – a umierał „w szczycie sezonu” – również spotykały mnie takie pretensje. Nigdy nie zapomnę kobiety, która próbowała opublikować w grupie post obrzucający mnie błotem za to, że jej poprzedni post – dodany kilka godzin wcześniej – nie został jeszcze opublikowany, a ona za miesiąc leci do Bari i już musi wiedzieć, którym autobusem gdzieś tam dojedzie. Był to dzień pogrzebu mojego taty, który w dodatku sama organizowałam i musiałam zadbać o logistykę również w jego trakcie. Naprawdę, wielu kolegów, koleżanek i znajomych działających w internecie coraz częściej podnosi ten temat. My nie jesteśmy cyborgami, jesteśmy tylko ludźmi. Mamy swoje życie poza internetem, sypiamy, jadamy, poświęcamy czas rodzinie i przyjaciołom, czasem nawet chcemy mieć dzień wolny od internetu. A Was jest bardzo dużo. Wiem też, że wielu nie ma świadomości, jak wygląda to z drugiej strony. Tutaj na bloga zagląda miesięcznie 100 tyś. osób, moje media społecznościowe łącznie obserwuje jakieś 80 tyś. ludzi. A ja ogarniam to sama.

No to co z tym koronawirusem?

„Styl życia odpowiada za ponad 50% zdrowotności społeczeństwa, a medycyna naprawcza tylko za 10%” powiedział wczoraj w programie „Debata Tygodnia” w Polsat News prof. Andrzej Fal, a idealnym potwierdzeniem tych słów jest historia choroby mojego męża. W tym samym programie na koniec prowadzący zacytował słowa szefa Światowej Organizacji Zdrowia, które uważam za bardzo trafne: „Koronawirus nie jest największym zagrożeniem. Strach, plotka, stygmatyzacja to nasi najwięksi wrogowie. Fakty, rozum, solidarność naszą normą”.

Amen.

Na koniec mam do Was pytanie. Czy chcielibyście, abym od czasu do czasu pisała posty, w których opowiem nie o Italii, a o czymś ze swojego życia, co może się okazać dla niektórych pomocne lub motywacyjne? Nie będę ukrywać, że coś takiego chodzi mi po głowie już od dłuższego czasu, ale jakoś nie mogę się zdecydować. Zależy mi na Waszych opiniach w tej sprawie.

Aktualizacja 3 marca 2020

Bardzo dziękuję Wam za wszystkie miłe słowa, które od niedzieli spływają lawinowo w komentarzach na Facebooku, Instagamie i w wiadomościach prywatnych. Post osiągnął dokładnie to, na czym mi zależało, czyli zwrócił Waszą uwagę na historię Artura, jego błędy i konsekwencje z nich wynikające. Grazie mille!

Kochani, użytkowników Facebooka serdecznie zapraszam do prowadzonej przeze mnie grupy WŁOCHY – podróże & styl życia. Wszystkich nowych czytelników zapraszam do polubienia strony Italia by Natalia na Facebooku, śledzenia profilu na Instagramie, jak również na  Twitterze oraz subskrypcji kanału YouTube. Będzie mi również bardzo miło, jeśli dodacie komentarz lub udostępnicie ten post swoim znajomym.

Pozdrawiam Was serdecznie

Natalia

46 komentarzy do “Koronawirus we Włoszech, a największa panika w Polsce. Opowiem Wam bardzo osobistą historię”

    1. Masz siłę i odwagę. Życie to nie zawsze piękna podróż, to zdobywanie także trudnych doświadczeń i Ty umiesz się tym podzielić.❤️ Pozdrawiam Was serdecznie Magda

    2. Pani Natalio, pisze Pani piękną polszczyzną i w sposób wciągający czytelnika w treść postu. Czytam te felietony z uwagą i przyjemnością. Proszę nie starać się dogodzić każdemu czytającemu i piszącemu do Pani. Nie da się dogodzić wszystkim.

  1. Mój tata mieszka i pracuje we Włoszech właśnie w Lombardii i w momencie całej tej paniki związanej z koronawirusem usłyszałam w pracy od pewnych osób, że mają nadzieję, że mój tata nie planuje w najbliższym czasie przyjazdu do Polski… Po tych słowach stwierdziłam, że żyjemy w kraju samolubnych ludzi, którzy siedzą w swoim ograniczonym świecie myśląc tylko o własnej du…e. Na nic tłumaczenie, że tata zdrowy, że w mieście, w którym mieszka życie toczy się normalnie, właściwie to bez zmian. Myslenie część Polaków w tej chwili jest takie, że jak jesteś we Włoszech, jesteś z Włoch, czy byłeś we Włoszech, to jesteś zarażony i tyle. Aż strach pomyśleć jak wyglądało by moje życie w pracy gdyby tata przyleciał teraz do Polski.

    1. Malwina, a jak sytuacja u Twojego taty wygląda w tej chwili? To prawda, dziś wielu w Polsce zrzuca całą winę za epidemię na Włochów, zapominając chyba, skąd ten wirus przybył. Jako ciekawostkę napiszę, że oglądałam wczoraj wywiad z Ministrem Zdrowia (również z kilkoma innymi specjalistami, więc głowy nie dam, kto to powiedział) ale większość przypadków zachorowań, które mamy dziś w Polsce wiąże się nie z Włochami i przyjazdami Polaków z Włoch, a z Niemiec. Zarówno w Niemczech jak i we Francji koronawirus również jest mocno rozpowszechniony, ale nie mówi się o tym tak, jak o Italii, nie podjęto takich środków zapobiegawczych.
      Pozdrawiam serdecznie i życzę Ci wszystkiego dobrego

    1. Wielki szacunek za ten wpis. Pewnie jak zawsze będą hejterzy, ale mądrym ludziom Wasza historia da do myślenia. Pozdrowienia z Filipin- też mieliśmy wątpliwości czy lecieć (presja spoleczna/rodziny była duża). Filipiny są świetnie przygotowane pod kątem prewencyjnym- wszedzie merytoryczne info-grafiki, płyny do dezynfekcji rąk na każdym kroku – działanie zamiast paniki. Pozdrawiamy Rafał (vandalvan.com)

      1. Cześć Rafał!
        Dziękuję za miłe słowa. Miałeś rację z tymi hejterami, niestety. Choć wcale nie wtedy, gdy post się pojawił, a teraz gdy sytuacja odnośnie koronawitusa się zmieniła. Niektórzy nie rozumieją, że minęło prawie dwa tygodnie, od kiedy zajęłam stanowisko, a sytuacja jest przecież bardzo dynamiczna. Poza tym nie zmieniłam zdania odnośnie paniki i histerii – panika zawsze jest złym doradcą, bo pozwala emocjom wziąć górę nad rozumem. Co do samego wirusa. Piszesz, że Filipiny są dobrze przygotowane. Włosi niestety w dużej części nie zastosowali się do zaleceń, nie przestrzegali kwarantanny, stąd podjęto tak radykalne działania i wprowadzono blokadę kraju. Mam nadzieję, że to pomoże.
        Pozdrawiam serdecznie

  2. Natalko kochana
    Robisz kawał dobrej roboty. Pisałam Ci już nie raz i nie dwa – chrzanić oczekiwania ludzi, hejt i wymagania. Pisz to, co dyktuje Ci serce i potrzeba ducha, a kto będzie chciał wyłowić dla siebie perełki – zrobi to z pewnością.
    Masz zapewne nie do końca dookreśloną potrzebę uchylenia rąbka prywatności, stąd końcowe pytanie. I znowu się powtórzę – słuchaj siebie. Niczyje zdanie nie powinno tu mieć znaczenia. Fajnie, że przy okazji korzystamy dla siebie z Twoich porad, wskazówek, motywacji. Przede wszystkim jednak jest to Twój cudowny pamiętnik, z zapisanymi kartami Twoich własnych doświadczeń i emocji. I tylko od Ciebie powinno zależeć, kogo i na ile wpuścisz w swój świat. Pozdrawiam jak zwykle serdecznie – Iza.

  3. Rozmawiałam dzisiaj ze znajomymi z Malezji, których poznałam pod koniec stycznia w Rzymie. Potem pozwiedzali jeszcze kilka miejsc w Europie i właśnie wrócili do Rzymu. Oczekiwali na wejście chyba na mszę, stali w tłumie, żadnych ograniczeń. A u nas trąbi się, że Rzym jest także „czerwony”.
    Z kolei dwie panie z mojej pracy, po bytności w Dubaju na targach, przez przerażenie kilku osób w biurze zostały „łagodnie” zmuszone do tygodniowej kwarantanny w domu. Oczywiście, miały pracować zdalnie…

  4. Kochana Natalio,
    bardzo dziękuję Ci za tego posta. Czytałam go z zapartym tchem.
    I tę część dotyczącą koronawirusa we Włoszech i absurdalnej często reakcji Polaków na niego i tę, w której opisujesz swoje osobiste przeżycia i doświadczenia. Tę drugą z jeszcze większym zainteresowaniem. Przypuszczam, że nie było Ci łatwo podzielić się z nami tak osobistymi doświadczeniami. Ale dobrze, że to zrobiłaś. Jestem przekonana, że wielu osobom otwarłaś oczy na pewne sprawy a wielu innym osobom pomogłaś i dodałaś otuchy. Bardzo chętnie przeczytam o innych Twoich przeżyciach, doświadczeniach i spostrzeżeniach. Często wydaje się nam, że mamy problemy, dopóki nie zetkniemy się z problemami innych, przy których nasze własne okazują się mrzonkami. Życzę Tobie i Twojemu mężowi dużo zdrowia i wytrwałości w realizacji Waszych marzeń i planów.

    1. Dziękuję Reniu za miłe słowa. Rzeczywiście, mam sporo bardzo pozytywnych sygnałów, nie tylko w publicznych komentarzach. Post miał właśnie takie zadanie, by otworzyć oczy tym, którzy o siebie nie dbają, a przy okazji zajęłam stanowisko w sprawie koronawirusa. Choć dziś sytuacja jest zupełnie inna, niż wtedy gdy pisałam post (minęło prawie dwa tygodnie) to podtrzymuję swoje zdanie na temat szkodliwości paniki i histerii. Dbajmy o siebie na co dzień, a nie tylko w obliczu widma epidemii.
      Pozdrawiam serdecznie 🙂

  5. Wybieram się na narty 07.03. w Dolomity i nie mam zamiaru rezygnować .Uwielbiam Włochy i nic mnie nie powstrzyma nawet wirus.

  6. Piękny i bardzo mądry post. Pozwolę go sobie udostępniać, bo widzę coraz więcej idiotycznej paniki dot. Covid-19 i niestety coraz więcej pracoholików, którzy (podobnie jak ja zresztą), niebawem mogą (oby nie!), podzielić smutny los Twojego Męża…

    Pozdrawiam serdecznie i życzę nieograniczonej siły i wszelkiego dobra!

  7. Brawo za odwagę w opowiedzeniu o sobie!! Jestem przedsiębiorcą i spotykam się z brakiem empatii na każdym kroku. Musimy być idealni dla każdego klienta – co jest nierealne a ludzie mają taką łatwość wydawać opinie i sądy w internecie nie mając pojęcia, jak ile ciężkiej pracy stoi z drugiej strony. Wiele razy cisną się łzy do oczu ale co zrobić…. Pozdrawiam i życzę wytrwałości w Twoim działaniu

    1. Doskonale znam to, o czym piszesz. Ta wzmianka o pretensjach do mnie w mediach społecznościowych to tylko fragment czarnej strony mojej rzeczywistości. Obserwując sytuację i wymieniając się doświadczeniami z innymi, którzy działają w internecie przewija się taka opinia, że ludzie z drugiej strony zupełnie nie rozumieją specyfiki naszej pracy. Ktoś myśli, że co mi szkodzi odpisać mu na maila z pytaniem, co ciekawego zobaczyć na Sycylii, podczas gdy – jeśli bym nie odcięła takiej możliwości już kilka lat temu – takich maili miałabym dziennie kilkadziesiąt. Tak zresztą było jak decydowałam się zakończyć doradzanie w wiadomościach prywatnych. Cześć z tych pytających nawet nie czytała tego, co było opublikowane na blogu, bo łatwiej i szybciej było napisać e-mail. Wiele osób jest bardzo roszczeniowych wobec ludzi udzielających się w internecie. Każda branża ma swoje blaski i cienie. Pozdrawiam Cię i wzajemnie życzę wytrwałości 🙂

  8. Powrót do życia. Macie szczęście. Ale TAK. Grypa i angina są śmiertelne! I zawsze były.
    Nasza historia z ANGINĄ trwała 3 dni i zakończyła się śmiercią.

  9. Mądry post, może przynajmniej niektórzy otworzą oczy. Ja już nie mogę słuchać tych panicznych wywodów, jadę w czwartek do Włoch na narty i bardziej obawialabym się grypy niż coronawirusa. Niestety, braki w wykształceniu są przyczyną łatwego ulegania manipulacjom i panice. Pozdrawiam i życzę zdrowia.

  10. Dziękuję za ten post i słowa rozsądku. Media zdecydowanie nie wykazują się profesjonalnością. Wręcz przeciwnie. Miałam towarzyszyć starszej osobie, która po zalewie wiadomości w mediach. zrezygnowała. Ale.. Rzym stał, stoi i jeszcze postoi 🙂 Dotrę tam w późniejszym terminie

  11. Pani Natalio,
    Z jednej strony chciałabym podziękować za ten post i głos rozsądku w sprawie coronavirus, bo negatywne skutki paniki już dają o sobie znać. Jednak przede wszystkim chcę wyrazić wdzięczność za podzielenie się tą historią choroby męża. Sądzę że pani słowa do niektórych przemówią dużo bardziej niż słowa lekarzy. Tak się składa że jestem fizjoterapeutką. Często trafiają do mnie pacjenci, którym lekarze nie potrafią pomóc. Ale też nie podpowiedzą, gdzie tej pomocy szukać, bo nas fizjoterapeutów traktuje się często jak gorszy sort służby zdrowia. W imieniu swoim i kolegów po fachu dziękuję. Pozdrawiam i życzę mężowi pełnego powrotu do zdrowia.

  12. Przesyłam Wam ciepłe myśli i życzenia zdrowia. Mój tata od 6 lat walczy z nawracajacym ropniem na kości ogonowej i niestety znam to wszystko o czym napisałaś. Wg lekarzy nawroty często są powiązane z silnym stresem, który zaognia stany zapalne w organizmie. O tym też warto wiedzieć, bo stres jest cichym zabójcą, atakuje z wielu stron. Przytulam Was.

  13. dzięki Natalia za podzielenie się tą historią, zdrowie jest nr.1. kiedyś w pracy miałam taką sytuację: pół buzi spuchnięte od zęba, dentysta miał czas dopiero za parę dni (heh, z tym też powinnam byc wtedy bardziej asertywna, bo mogło się skończyć różnie), w pracy byłam sama na moim stanowisku, bo druga osoba na zwolnieniu, bardzo mnie prosili, żebym nie brała L4, na silnyhc lekach ale poszłam do pracy, nawet klienci się dziwili co ja tam robię. I wiecie co, nawet żadnego dziękuję po tym wszystkim nie usłyszałam, a co po niektórzy (współpracownicy) wtedy kazali mi wychodzić na salę, choć miałam oficjalną despensę na to od kierownczki. to mi otworzyło oczy bardzo mocno, choć z waszą hostorią nie ma co porównywać, ale już nigdy żadnych więcej poświęceń dla pracy! żal tylko ogarnia człowieka, gdy nasi najbliźsi zajeżdżają się dla pracy i dopiero poważne konsekwencje przerywają ten ciąg 😉 życzę wam wytrwałości i zdrowia przede wszystkim. jeśli możesz Natalio, to proszę podeślij mi kontakt do fizjoterapeuty (ja też Poznań 🙂 ), mam problemy z ręką, a taki kontakt na wagę złota 🙂 z wirusem nie ma co panikować, tylko zachować ostrożność po prostu, bardzo mnie dziwią bardzo skrajne reakcje, typu jadę i mam wszystkich gdześ, pozarażam innych i co z tego, a z drugiej strony panika niczym nieuzasadniona i hejt wobec innych – straszne to.

    1. Dziękuję za Twój komentarz 🙂 Rzeczywiście nie warto się poświęcać dla pracy, mogę to napisać również z własnego doświadczenia. Wiele lat temu sama taka byłam. Pamiętam, jak przyszłam do pracy w kołnierzu ortopedycznym ze sztywną szyją. Miałam zapalenie jakiegoś nerwu, w każdym razie nie mogłam ruszać szyją. Myślisz, że mój pracodawca to docenił? Ależ skąd! Jeśli chodzi o kontakt do fizjoterapeuty, to napisz proszę do mnie maila, a w odpowiedzi Ci wyślę.
      Pozdrawiam serdecznie

  14. Droga Natalio, jestem z Polski. Obecnie gościmy z mężem w Palermo i jest to nasz już trzeci w tym roku wyjazd do Włoch. Ja też, jak ty uważam, że panika w Polsce z powodu wirusa jest zbiorową histerią. Zarówno w Rzymie, jak i tu w Palermo nie zaobserwowałam paniki. Ludzie żyją normalnie. Owszem w Rzymie widziałam niektóre osoby w nic nie wartych maseczkach, ale byli to cudzoziemcy. Na lotnisku para młodych ludzi siedząc na uboczu w maseczkach, po pewnym czasie poszła kupić jedzenie i nie myjąc rąk jedli to palcami. Nie wiem, jak to nazwać. W Palermo i okolicach nie widziałam nikogo na twarzy w maseczkach i jakiejkolwiek paniki, a wynurzenia pewnej dziennikarki, która przekonywała ludzi w Polsce, że przyczyną całego nieszczęścia i rozprzestrzeniania się wirusa są Włosi, którzy z północnych Włoch uciekli do swoich rodzin na południu, tym samym przenosząc wirusa, są mocno przesadzone. Raczej większość Włochów z północy nie ma rodziny na południu. Pozdrawiam Cię. Alina

    1. Tylko dlaczego premier Wloch zakazał jazdy na poludnie? Ciekawe czy wrocicie do Polski tak latwo. Lepiej nie cwaniakowac, zarty sie skończyły

      1. Tomek, masz rację. Sytuacja wymknęła się spod kontroli i dziś mówi się wprost, że gdyby Włosi podeszli do tematu poważniej – przede wszystkim ci, którzy mieli nakaz kwarantanny – to wirus nie rozprzestrzeniłby się w takim tempie, a może nawet został zduszony na wcześniejszym etapie. Alina pisze z perspektywy Sycylii sprzed kilku dni. Ja mam na bieżąco wieści z wyspy z kilku jej części i rzeczywiście, do ogłoszenia dekretu zamykającego całe Włochy w jedną wielką strefę ochronną, życie w Palermo i na Sycylii toczyło się normalnie. Do tej pory na całej wyspie, która jest ogromna, stwierdzono kilkadziesiąt potwierdzonych przypadków. Odpowiadając na Twoje pytanie o zakaz jazdy na południe. Jak pewnie kojarzysz dwa dni wcześniej zakazano opuszczania obszaru regionu Lombardia oraz kilku innych prowincji na północy (prowincja włoska to mniej więcej odpowiednik polskiego powiatu), ale mieszkający tym Włosi z południa nie posłuchali i zaczęli w panice opuszczać zamknięte obszary zmierzając do domów na południe i to jest powód. Wielu Włochów z południa – gdzie jest większe bezrobocie – pracuje na północy. Oczywiście to było bardzo nieodpowiedzialne zachowanie i ja sama jestem oburzona. Kocham Włochy, robię bardzo dużo dla promocji tego pięknego kraju w Polsce, ale niestety sami Włosi jako ludzie – w większości wspaniali i ciepli – mają spore problemy z dostosowaniem się do jakichkolwiek ograniczeń, jakie się im narzuca, a już tym bardziej w zakresie zmiany stylu życia. Na koniec chciałabym jeszcze zwrócić Twoją uwagę na to, że mój post powstawał 29 lutego i 1 marca, wtedy też został opublikowany. Oczywiście dziś sytuację mamy inną, ale większość z tego co napisałam jest aktualne. Zresztą chodziło w tym tekście nie tyle o koronawirusa, co o zwrócenie uwagi Czytelników na problem nie dbania o własne zdrowie na podstawie historii mojego męża. Co do paniki w Polsce podtrzymuję swoje stanowisko. Wtedy była mocno przesadzona, dziś obawy są jak najbardziej uzasadnione i zapobiegliwość oraz troska o siebie i innych jest w tej sytuacji najmądrzejszym, co możemy zrobić, ale nadal jestem zdania, że panika i histeria zawsze i w każdej sytuacji są złymi doradcami, bo wtedy emocje biorą górę nad rozumem.
        Pozdrawiam serdecznie

  15. Rozumiem Twoje problemy związane z chorobą męża. Sama byłam w zeszłym roku w podobnej sytuacji, kiedy mąż spędził trzy miesiące w szpitalach również z powody ropnia. Kiedy w miarę wrócił do zdrowia, miałam w głowie „tysiąc” pomysłów gdzie moglibyśmy w tym roku wyjechać. Udało się tylko w styczniu zanim rozszalał się wirus. Pozdrawiam serdecznie.

    1. Cześć Mariola,
      Bardzo mi przykro. Nam też udało się w tym roku wyjechać w styczniu i bardzo się z tego powodu cieszę. Już teraz widzę, że chyba to półrocze – a przynajmniej do końca maja – podróże nie będą możliwe. Życzę Wam wszystkiego dobrego i pozdrawiam serdecznie
      Natalia

  16. W dniu dzisiejszym w Polsce zamknięto granicę ze względu na koronawirusa i uważam, że to dobre posunięcie. Wirus rzeczywiście jest groźny i bardzo zaraźliwy. Wcześniejsze komentarze w stylu „idiotycznej paniki dot. Covid-19” okazały się błędne. Moim zdaniem Włochy zlekceważyły sytuację, szczególnie młodzi, którzy najczęściej są nosicielami wirusa. Im nic nie jest, a starsi umierają. Młodzież zamiast przebywać w domach ruszyli na imprezy i dyskoteki. Słyszałem o sytuacji, gdzie syn przyjechał z Włoch do rodziców w Polsce, miał tylko katar, zaraził ojca, który potem zmarł. Miejmy nadzieję, że Polacy będą bardziej ostrożni.

    1. Cześć,
      Również uważam, że zamknięcie granic jak i inne środki zapobiegawcze wprowadzone przez rząd są słuszne i w pełni uzasadnione. Ja nigdy nigdzie nie pisałam, że należy zbagatelizować zagrożenie, albo jechać do Włoch nie bacząc na nic, wprost przeciwnie. Natomiast co do paniki podtrzymuję swoje zdanie. Chyba nie uważasz, że żądanie wyrzucenia z przedszkola dzieci tylko za to, że są w połowie Włochami ma jakiekolwiek uzasadnienie, podczas kiedy polskie dzieci nierzadko przyprowadzane są przeziębione czy chore? Panika zawsze jest zła, bo wtedy emocje biorą górę nad rozumem. Co innego panika, histeria (widać to dziś bardzo wyraźnie po ilości hejtu, jaki się wylewa z ludzi, głównie na Facebooku) a co innego obawy, strach, zapobiegliwość, stosowanie się do zaleceń. Ja tak właśnie robię i choć sama się obawiam, to nie hejtuję. Dla jasności dodam, że pisząc o hejcie oczywiście nie mam na myśli Twojego komentarza. Wtedy – pod koniec lutego – gdy powstawał ten post sytuacja była zupełnie inna. Mało kto spodziewał się wówczas, że finalnie okaże się ona choć w połowie tak poważna. Zgadzam się z Tobą, że Włosi zlekceważyli sytuację. Polacy już teraz wykazali się o wiele większą ostrożnością i rozsądkiem, ale pamiętajmy, że my czerpiemy w dużej mierze z włoskiego doświadczenia. Równie dobrze to Polska mogła przecierać wirusowe szlaki w Europie i dziś bylibyśmy nie tylko w sytuacji Włochów jeśli chodzi o ilość chorych, ale też wytykani palcem jako ci, którzy byli głupi i rozsiali zarazę na całą Europę. Tak też nie można mówić, nie można wrzucać wszystkich Włochów do jednego worka. Nic nie jest czarne lub białe. Ja zawsze staram się znaleźć złoty środek. Dlatego nadal uważam, że przesadna panika robi więcej złego niż dobrego, tak samo jak bagatelizowanie i olewanie. Zachowajmy wszyscy zdrowy rozsądek, to najlepsza droga 🙂
      Pozdrawiam

      1. Mimo wszystko u nas w Polsce wyjątkowo najlepiej ze wszystkich krajów europejskich zastosowano profilaktycznie pewne posunięcia jak zamknięcie w porę szkół przedszkoli i odwołano imprezy masowe i to nie nazwałabym paniką a tylko roztropnością.A wiadomo jest to cnota kardynalna.Ja lekarka komunikowałam się z kolegami pracującymi w Niemczech i oni najwyraźniej byli zdziwieni tymi posunięciami.Teraz miny im zrzedły okazało się,.że my Polacy mieliśmy rację.Nie panikujemy, ale jesteśmy wyjątkowo roztropni.I mamy wyniki najlepsze wśród krajów europejskich.

  17. Epidemia daje się nam wszystkim we znaki, robi się coraz poważniej i nie zanosi się na jakąkolwiek poprawę. Wyjazdy wiosenne odleciały na skrzydłach wirusa, ja dzisiaj przełożyłam bez dodatkowych opłat swój kwietniowy lot na wrzesień. Ryanair dał taką możliwość na loty marcowe i kwietniowe. Niestety musialam dopłacić trochę do ceny biletu, nowy termin jest droższy. Zachęcam wszystkich pechowych posiadaczy wiosennych biletów do dzialania.
    Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany. Pola obowiązkowe są oznaczone *

Close