Między rzeczywistością a wspomnieniami. „Triest, czyli nigdzie” – recenzja książki Jan Morris

Książka „Triest, czyli nigdzie” Jana Morrisa na tle kanału w Trieście z zacumowanymi łodziami i zabudową nad wodą

„Triest, czyli nigdzie” nie jest książką podróżniczą ani tym bardziej przewodnikiem turystycznym. To coś więcej. To opowieść o mieście zawieszonym pomiędzy dzisiejszą Italią a przeszłością, która dawno przeminęła; światem, który już nie istnieje i mało prawdopodobne, że kiedykolwiek powróci. Subiektywny, bardzo osobisty portret Triestu naszkicowany u schyłku życia przez pryzmat emocji i doświadczeń autorki, skumulowanych na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Czytając, odbyłam fascynującą podróż do krainy włoskiego pogranicza, o której mówi się i pisze, że nie pasuje nigdzie. Dlaczego? Zapraszam do lektury recenzji najnowszego reportażu o Italii, który właśnie ukazał się w Polsce nakładem Wydawnictwa Czarne, we współpracy z którym powstał ten post.

„Triest: port na styku Śródziemnomorza z Europą Środkową, sierota po monarchii austro-węgierskiej; niegdyś tygiel kulturowy, dziś miasto osobne. Kluczy do odczytania Triestu jest wiele, ale Jan Morris odnalazła własną drogę do tego, by go poznać i pokochać.”

Moje wspomnienie Triestu

Nigdy nie zapomnę mojej pierwszej wizyty w Trieście. To była końcówka października 2019 roku. Świeciło piękne, jesienne słońce. Przyjechałam nie mając żadnych oczekiwań, wszak o Trieście się nie pisało w kontekście włoskich atrakcji. Co więcej, pamiętam doskonale, że wówczas nikt mnie o Triest nie pytał, choć codziennie odpowiadałam na mnóstwo najróżniejszych pytań o Italię. Przyjechałam i od pierwszych minut przepadłam.

Triest miasto eleganckich pałaców, Jamesa Joyca i kawy Illy Friuli - Wenecja Julijska Adriatyk

Może to było owo wspaniałe, późno październikowe słońce, które świeciło znad Adriatyku, leniwie sunąc w dół ku horyzontowi? Może to była ta mewa na Molo Audace, która najpierw wdzięczyła się do mojego obiektywu, po czym nagle urażona brakiem zapłaty w postaci czegoś do jedzenia, naburmuszyła się i ze skrzekiem odleciała, sunąc tuż nad głowami ludzi siedzących na krawędzi nabrzeża? A może to te wspaniałe pałace, których elewacje pysznią się z trzech stron Piazza Unita d’Italia oraz wzdłuż Canal Grande di Trieste?

Do dziś zadaję sobie pytanie, w którym momencie Triest skradł moje serce. Jedno wiem na pewno: przyjechałam, bo wypadało, a wyjechałam urzeczona i pozytywnie zaskoczona. A teraz wróciłam, poznając miasto lepiej i dokładniej za sprawą lektury reportażu Jan Morris „Triest, czyli nigdzie”, który pozwolił mi spojrzeć na ową triesteńska ziemię z szerszej perspektywy.

Jan Morris i jej Triest

Zupełnie inaczej na Triest patrzy autorka. To nie jest spojrzenie osoby, która wpada tu na chwilę, trafia na piękną pogodę i wyjeżdża zauroczona światłem, kolorem oraz architekturą, lecz kogoś, kto nosił w sobie obraz tego miasta przez dziesięciolecia. Morris oglądała Triest najpierw jako bardzo młoda osoba u schyłku drugiej wojny światowej, a potem wracała do niego jeszcze wielokrotnie, za każdym razem odnajdując w nim tę samą melancholię, niejednoznaczność i trudną do uchwycenia tożsamość. Dlatego w jej opowieści nie ma wyłącznie zachwytu. To portret miasta zapamiętanego przez pryzmat własnych emocji i doświadczeń, chwilami surowy, chwilami czuły, naznaczony także niechęcią wobec niektórych aspektów nowoczesności, która wdzierała się do Triestu na jej oczach. I właśnie dlatego owa książka jest bardzo interesująca: pokazuje nie tyle Triest obiektywny, ile Triest przeżyty, uwewnętrzniony, istniejący przede wszystkim w pamięci.

„Triest skłania mnie do zadawania sobie smutnych pytań. Po co tutaj jestem? Dokąd zmierzam? Reagowałam na miasto w ten sposób już w wieku nastoletnim, a teraz, po siedemdziesiątce, choć to może naiwne, wciąż czuję jego wpływ.”

Śladami Maksymiliana Habsburga i ludzi dawnego Triestu

Jedną z najciekawszych warstw tej książki jest sposób, w jaki Jan Morris przywołuje ludzi zapisanych w historii Triestu. Nie robi tego sucho ani podręcznikowo. Raczej snuje opowieść, w której dawne postaci, wydarzenia i własne wspomnienia nieustannie się przenikają. Autorka cofa się do przeszłości, chwilami patrzy na nią jak obserwatorka scen, których sama nie mogła widzieć, a jednak opisuje je tak sugestywnie, że ma się przekonanie, iż zna je z relacji tych, którzy byli naocznymi świadkami.

Otwarta książka „Triest, czyli nigdzie” Jana Morrisa wśród czerwonych tulipanów i ziaren kawy

Tak właśnie jest choćby wtedy, gdy wspomina przewiezienie do Triestu zwłok arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego żony Zofii po zamachu w Sarajewie 28 czerwca 1914 roku – tragedii, która stała się bezpośrednią przyczyną wybuchu pierwszej wojny światowej. Morris nie ogranicza się do samego faktu historycznego. Odtwarza atmosferę tamtych dni, wyobraża sobie ulice miasta, ludzi stojących w milczeniu, ich stroje, gesty i reakcje, jakby gdzieś pod powierzchnią tej narracji wciąż pobrzmiewały zasłyszane opowieści dawnych mieszkańców.

Obok takich scen pojawiają się też postaci, które współtworzyły dawny Triest lub trwale zapisały się w jego pamięci: James Joyce, baron Pasquale Revoltella – „kosmicznie bogaty kawaler rodem z Wenecji”, który jako jeden z pierwszych dostrzegł ogromną szansę na rozwój i bogactwo płynące z budowy Kanału Sueskiego. Najczęściej powraca jednak arcyksiążę Maksymilian Habsburg, młodszy brat cesarza Franciszka Józefa I, męża słynnej Sisi. To on pokochał triesteńską ziemię i wzniósł nad brzegiem morza zamek Miramare, dziś jedną z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji tej części Friuli-Wenecji Julijskiej. Dla samego Maksymiliana i jego ukochanej żony, arcyksiężnej Marii Charlotty, miejsce to – choć stworzone z miłości – nie okazało się jednak szczęśliwe.

„[…] melancholii zdołano nadać tu namacalną formę już o wiele wcześniej: Miramar doskonale wyraża przecież istotę tego uczucia. Stoi na cyplu i łka w milczeniu, a jego ściany nie lśnią nawet w pełnym słońcu. Jego komnaty pękają w szwach od skarbów, a wokół ciągnie się przyjemny park, lecz każdy odwiedzający musi poczuć wypełniającego tę przestrzeń ducha żalu.”

Miasto na granicy dwóch światów

Jan Morris prowadzi czytelnika także przez ten moment w historii Triestu, gdy ważyło się, do jakiego świata miasto ostatecznie będzie należeć. Po pierwszej wojnie światowej Triest znalazł się w granicach Włoch, lecz po drugiej nic nie było oczywiste. Przez pewien czas pozostawał terytorium spornym między Italią a Jugosławią, a powołane w 1947 roku Wolne Terytorium Triestu podzielono pomiędzy strefę angloamerykańską i jugosłowiańską. To właśnie wtedy ziemia triesteńska dosłownie wymykała się z rąk jednej historii i mogła trafić do zupełnie innej rzeczywistości politycznej. Ostatecznie w 1954 roku miasto wróciło pod administrację włoską, ale przez te kilka lat żyło w zawieszeniu, na granicy, w niepewności. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, łatwo przeoczyć, jak niewiele brakowało, by historia potoczyła się inaczej i by Triest znalazł się po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Jeśli dodać do tego setki lat wpływów austriackich, nietrudno już zrozumieć, skąd wzięła się ta wyjątkowa mieszanina kulturowa i społeczna.

Najmniej włoskie z miast Italii?

Taka łatka przylgnęła do Triestu i wydaje się, że nie bezpodstawnie. Bo choć ostatecznie znalazł się w granicach Włoch, przez wielu do dziś bywa postrzegany jako miasto osobne, nie do końca wpisujące się we włoski pejzaż.

„A jednak Triest wciąż przesycony jest magią systemu cesarsko-królewskiego”.

I chyba właśnie stąd bierze się jego odmienność. Z jednej strony włoski, z drugiej przesiąknięty pamięcią o świecie, który przeminął bezpowrotnie. Morris pokazuje, że ta dawna świetność nie była tylko dekoracją, lecz fundamentem miasta. Gdy fundament runął, Triest już nigdy nie odzyskał dawnej pozycji.

„Oto było miasto na wskroś kupieckie, port stworzony w bardzo konkretnym celu. Nie dla niego polityka, uroda i rozrywki tak zajmujące Sankt Petersburg, Kalkutę czy Bath. Znakiem rozpoznawczym Triestu były zaradność i ciężka praca, jego projektanci wiedzieli jednak, że wygoda i komfort przekładają się na wzrost zysków. Zagospodarowali tę przestrzeń tak, aby powstał nowoczesny, funkcjonalny miejski mechanizm. […] Portowe miasta są jednak zdane na łaskę i niełaskę historii o wiele bardziej niż inne. […] Ten właśnie los spotkał Triest, tyle że jego upadek nastąpił nagle i zdecydowanie przed czasem. […] Zatokę Triesteńska wypełnia przede wszystkim smutek. Nigdy nie będzie już tym, czym była kiedyś. Stanowi wieczne przypomnienie o prawdzie, którą pojęłam pół wieku temu: że całe miasto wzniesiono w imię straconej sprawy.”

„Triest, czyli nigdzie” – dwa spojrzenia na to samo miasto

Nie ze wszystkim się zgadzam. Jan Morris patrzy na Triest oczami osoby, która zobaczyła go po raz pierwszy u schyłku drugiej wojny światowej, a później jeszcze wielokrotnie tu wracała, ostatni raz pod koniec XX wieku. To spojrzenie naznaczone jest czasem, pamięcią, doświadczeniem oraz świadomością zmian, jakie dokonały się w mieście na przestrzeni dekad. Doskonale to rozumiem, bo sama zaczęłam odkrywać Italię ponad ćwierć wieku temu i wiem, jak bardzo przez ten czas potrafiły zmienić się włoskie miasta, które zobaczyłam jako pierwsze. Zapewne i Triest przez te dekady zdążył się mocno zmienić. A jednak ten, który ja zobaczyłam niemal dwie dekady po napisaniu przez Morris reportażu, w przepiękny październikowy dzień, pod łagodnym światłem i bezchmurnym niebem, po prostu mnie zachwycił.

książka „Triest, czyli nigdzie” Jana Morrisa wśród tulipanów i rozsypanych ziaren kawy na jasnym drewnie

Być może dlatego momentami trudno było mi przyjąć bez zastrzeżeń surowość niektórych sądów Morris. I może właśnie w tym tkwi siła tej książki. Nie prowadzi czytelnika za rękę do gotowych wniosków, lecz pozwala spojrzeć na Triest z innej perspektywy, a potem skonfrontować ją z własnym doświadczeniem. To wspaniała lektura, która pozwala nie tylko lepiej poznać to miasto, ale przede wszystkim lepiej je zrozumieć, zarówno przed pierwszą podróżą, jak i wtedy, gdy ma się już za sobą własne spotkanie z tą przedziwną krainą pogranicza: niby włoską, lecz wciąż bardzo austriacką, z domieszką bałkańską, zupełnie niepodobną do żadnego innego miejsca w Italii.

„A ja? Cóż, kiedy wskazówka mojego zegara drgnie po raz ostatni, po tym, jak anioł wróci już do nieba, a wędkarz spakuje manatki i ruszy do pubu, zamierzam nawiedzać przede wszystkim dwa miejsca, które z największym uporem nawiedzały mnie za życia. Większość dni w zaświatach przeznaczę na spacery u boku ukochanej osoby wzdłuż brzegu rzeki Afon Dwyfor. Jednakże od czasu do czasu będziecie mnie mogli znaleźć na pokładzie łodzi dryfującej u stóp zamku Miramare, wpatrzoną w taniec słowików.”

Jan Morris

Książkę znajdziecie m.in. w Empiku oraz w sklepie internetowym Wydawnictwa Czarne.

Natalia Rosiak

Natalia Rosiak - autorka bloga Italia by Natalia

Jestem podróżniczką, blogerką i autorką książek. Od 2013 roku dzielę się z Czytelnikami wiedzą i miłością do Italii oraz inspiruję do podróży prowadząc blog o Włoszech oraz media społecznościowe, a także pisząc książki. Moje przewodniki i poradniki w formie e-booka znajdziesz w blogowym sklepie, a książki podróżnicze m.in. w Empiku. Jako pierwszy polski twórca otrzymałam nagrodę Gold Italy Ambassador Awards za szczególny wkład i zaangażowanie w promocję Włoch oraz kultury włoskiej. Więcej o autorce bloga.

Jeden komentarz do “Między rzeczywistością a wspomnieniami. „Triest, czyli nigdzie” – recenzja książki Jan Morris”

  1. „[…] melancholii zdołano nadać tu namacalną formę już o wiele wcześniej: Miramar doskonale wyraża przecież istotę tego uczucia. Stoi na cyplu i łka w milczeniu, a jego ściany nie lśnią nawet w pełnym słońcu. Jego komnaty pękają w szwach od skarbów, a wokół ciągnie się przyjemny park, lecz każdy odwiedzający musi poczuć wypełniającego tę przestrzeń ducha żalu.”Już ten fragment skłonił mnie do przeczytania całości… Tego „ducha żalu”, jednoczesnego poczucia bezgranicznego piękna i utraty doświadczyłam kilkanaście kilometrów od Miramare- na tarasie Rilkego na zamku w Duino. Ten spokojny, melancholijny błękitny bezkres i wspomnienie pierwszej Elegii wyzwoliły niezwykłe emocje i wewnętrzne rozedrganie. W Trieście (podobnie jak w Duino) byłam dwukrotnie, faktycznie jest to miasto osobne jakby mało włoskie, bardziej pasuje do Rijeki i Opatiji, należy do świata monarchii , która dawno przeminęła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany. Pola obowiązkowe są oznaczone *

Zamknij
Zmień zgody