Trzynaście lat temu w Rzymie. Relacja z pogrzebu Jana Pawła II

Pogrzeb Jana Pawła II Rzym kwiecien 2005

Gdyby żył, kończyłby dziś 98 lat. Jeszcze kilka lat temu znajdowałam we Włoszech liczne wspomnienia o nim, wizerunki w najróżniejszych postaciach i miejscach: w domach, w barach, sklepach, opowieściach ludzi. Ostatnio spotykam ich jakby mniej. Czy to upływający czas? Być może. „[…] Zrywa się wiatr, wszyscy pamiętamy zamykającą się Ewangelię. To nie wiatr, to Duch Święty – mówi siostra zakonna z Afryki stojąca obok mnie. Nie zaliczam się do twardzieli, ale raczej daję radę w trudnych momentach. Nie w tym. Nie dziś. Łzy lecą same, zużyłem zapas z kilku lat. Ciężko uwierzyć….”. Zapraszam Was dziś do przeczytania poruszających wspomnień z pogrzebu Jana Pawła II sprzed trzynastu lat.
Autorem tekstu oraz zdjęć jest Aleksander Puchalski – dziękuję.
Pogrzeb Jana Pawła II Rzym kwiecien 2005
Decyzja zapadła właściwie w ułamku sekundy. Jadę! Muszę tam być!
Włochy. Rzym. Kwiecień. Wiosna.
Ja i Kolega. Szczerze – to Jego inicjatywa. Nie miałem czasu do namysłu, no, może kilka minut, były ostatnie miejsca.
Wszak to pielgrzymka, a przynajmniej coś na jej kształt.
Szybkie pakowanie bo wyjazd krótki. Plecak. Śpiwór, bo nie wiadomo jak będzie z noclegami.
Okęcie, samolot pełny. Lecimy. Na wysokości przestrzeni powietrznej Włoch informacja od pilota, że żadne rzymskie lotnisko nie przyjmuje samolotów. Lecimy do Pescary, tam ma czekać autokar.
Jesteśmy, przyjemna pogoda choć podróż zaczęła się z przygodami. Po kilku godzinach od wylądowania jesteśmy w Rzymie. Jest 15:00
Znamy plan dnia następnego. Wiemy co nasz czeka, postanawiamy wykorzystać pozostały czas na wizytę w Bazylice Św. Piotra. Zbliżamy się wraz z grupą wiernych do Watykanu. Już z daleka widać posterunki karabinierów, wygrodzone tereny, zbliżamy się, zatrzymują nas: dokąd się udajecie? – Chcielibyśmy zobaczyć naszego Papieża…
– Dzisiaj to już niemożliwe, przykro mi…
Nagle zza siebie słyszę głos kolegi: ale my jesteśmy „dottore volontare”…
Jezu Chryste, myślę sobie… Grzesiek jest, owszem, lekarzem, ale ja? Odwracam się do niego twarzą szukającą rozumu, a on spokojnie…wyjmuje dwa lekarskie kitle z plecaka i pokazuje policjantom.
Zdębiałem, ale tylko na chwilę, karabinierzy konsultują coś przez krótkofalówkę po czym…rozsuwają bramki i wchodzimy na Plac.
-Grzesiek, zwariowałeś, przecież ja nikogo nie wyleczę! Skończymy w kryminale za podszywactwo!
-Najwyżej ty, ja istotnie jestem lekarzem – mówi zawadiacko. -Nie było innej opcji, w razie czego będziesz robił co ci powiem…
Dostanie się na plac to dopiero początek. Wejście w chyba trzykilometrową kolejkę raczej z przodu, przekonanie tłumu, że jesteśmy lekarzami-wolontariuszami było trudniejsze. Trafiliśmy na swoich, a wiadomo Polak jest nieufny ;).
Nie jestem dumny z tego co zrobiliśmy, okolicznością łagodzącą jest przekierowanie samolotu, wszak mieliśmy tu być kilka godzin wcześniej.
Po godzinie jesteśmy w Bazylice. Kolejka cicho się przesuwa, słychać szept modlitwy, czuć wzruszenie.
Leży, jakiś dziwny, woskowy. Kiedyś minął mnie w odległości kilku metrów i takim chcę Go zapamiętać. Robię zdjęcie. Wiem, nie powinienem. Kolejka jest poganiana, Grzesiek znalazł przejście między wygrodzonymi nawami i…weszliśmy w kolejkę raz jeszcze, bo jemu zablokował się aparat. Wtedy nie mieliśmy komórek…Tak, wiem, robimy na razie rzeczy straszne…
Jest 19:00 jak wychodzimy. Spanie będzie…gdzis Bóg da…Idziemy przekąsić, choć wzruszenie odbiera mowę i apetyt. Jemy w milczeniu, potem szukamy lokum. Większość będzie spała pod gołym niebem, ale my chcemy się zabezpieczyć na wypadek deszczu. W pobliżu jest jakiś budynek, wchodzimy, może są jakieś opuszczone pomieszczenia. Po raz pierwszy czuję się jak bezdomny…
Budynek okazuje się szpitalem, nawet gdzieś na wyższych kondygnacjach widzimy niebieską poświatę lamp bakteriobójczych. Grzesiek mówi, że jest idealnie, skoro jest szpital to pewnie są łóżka. Zerkam na niego i jestem coraz bardziej przerażony, pytam, czy tym razem udajemy lekarzy i operujemy, czy pacjentów i damy się operować…?!
Zaczynam nieśmiło protestować, odwiedzamy po kolei: pomieszczenie gospodarcze, salę sekcyjną, jakieś laboratorium. Ja mam dość, mówię, żeby sam kimał gdzie chce, może nawet w chłodni, ja idę normalnie na ulicę. Niechętnie, ale idzie za mną.
Znajdujemy świetną miejscówkę, jakieś 100 metrów do odgrodzonego Placu i 100 do przenośnych toalet.
Rozmawiamy z kilkunastoma z setek tysięcy pielgrzymów w takiej samej sytuacji jak my. Powoli przychodzi dobry sen…
Pogrzeb Jana Pawła II Rzym kwiecien 2005
Kto nigdy nie spał na Border Path w Watykanie ten nie zrozumie. Łatwo nie było, wygodnie też nie. Bruk wbija się w plecy, ręce drętwieją od chłodnej jeszcze ziemi.
4, może 4:30. Pierwsze poruszenie, bramy otworzą około 7-8 rano, ale tłum już gęstnieje. Jeśli chcemy w ogóle dojść na plac-trzeba być na początku grupy.
Od 5 nie ma już gdzie wetknąś szpilki, jesteśmy jakieś 30 metrów od bramy, jest duszno i ciasno.
Po godzinie stania…stało się…dopadła mnie ludzka potrzeba fizjologiczna…przypominam, że toi-toie są jakieś 170 metrów za mną. Wiem, że w tamtą stronę mnie puszczą, ale z powrotem w życiu. Jedyny ratunek-nieśmiertelny kitel lekarski. Dottore volontare musi siku.
Udało się, wracam. Około 8 otwierają bramę na Plac. Nie wiem jak to możliwe, ale jakieś 70 procent miejsc jest już zajętych…widać są równi i równiejsi, bo na spadochroniarzy to zebrani nie wyglądali.
Rozkładamy się na małym kocyku, robi się dość przyjemnie, na szczęście nie pada. Sielanka trwa jakieś 30 minut, później musimy już zwijać kocyk, bo nie ma gdzie szpilki wetknąć.
Zaczyna się Msza Żałobna… do dziś mam zachowaną pamiątkową książeczkę z modlitwami… „Ora pro eo..”. Śpiew jak mantra rozbrzmiewa na Placu.
Zrywa się wiatr, wszyscy pamiętamy zamykającą się Ewangelię. To nie wiatr, to Duch Święty mówi siostra zakonna z Afryki stojąca obok mnie.
Nie zaliczam się do twardzieli, ale raczej daję radę w trudnych momentach. Nie w tym. Nie dziś. Łzy lecą same, zużyłem zapas z kilku lat. Ciężko uwierzyć….
Amen! Koniec!
-Nie! Żadne „Amen”, żadne „koniec”!! „Niech zstąpi duch Twój i odnowi…”
Panie Karolu, Ojcze Święty, ja nie chcę żadnego „Santo Subito”, ja chcę, żebyś był wśrod nas. Żebyś trzęsącą się od choroby Parkinsona ręką jeszcze raz nas pobłogosławił w moim rodzinnym Białymstoku.
Amen.
Amen.
Deszcz.
Ulewa.
Pogrzeb Jana Pawła II Rzym kwiecien 2005
Pogrzeb Jana Pawła II Rzym kwiecien 2005
Pogrzeb Jana Pawła II Rzym kwiecien 2005
Pogrzeb Jana Pawła II Rzym kwiecien 2005
Pogrzeb Jana Pawła II Rzym kwiecien 2005
To niesamowite, ile znamiennych momentów, ile symboliki było w tym kilkugodzinnym wydarzeniu. Przypadek, powiecie???!!! Nie sądzę.
Plac powoli pustoszeje. Nagle, w jednym miejscu dostrzegamy gęstniejący tłum, dostrzegamy morze polskich flag! Tak! Wszyscy Polacy z flagami zbierają się wśród sióstr zakonnych i braci z flagą z napisem…Białystok. To niesamowite. Wiem, wiem, flaga z napisem to już nie flaga a banner, głupi zwyczaj itp., ale nie dziś. Dziś jest pięknie.
Nagle cicho, trochę niezdarnie dobiega nas kobiecy głos:
„Pan kiedyś stanął nad brzegiem
Szukał ludzi gotowych iść za Nim
By łowić serca
Słów Bożych prawdą…”
Kolejna osoba, kolejna, nie każdy znał zwrotki, ale każdy znał refren..
„… swoją barkę pozostawiam na brzegu
razem z Tobą nowy zacznę dziś łów…”

Ryczymy jak bobry, wszyscy. Śpiewamy i ryczymy. Płacze niebo, ale w tej chwili byłem razem z Nim i nic nie było ważne.

3 komentarze do “Trzynaście lat temu w Rzymie. Relacja z pogrzebu Jana Pawła II”

  1. Wspomnienie naszego Ojca Świętego jest wciąż żywe w Kalabrii. My Polacy mamy tam mały bonusik-plusik za kraj pochodzenia, lubią nas.
    Piękne przeżycie zostało Ci na długie lata.
    Łącze pozdrowienia. M

  2. Pamiętam ten wiatr wtedy. Byłam tam tydzień później. Nawet wtedy przeżyci były niesamowite, choć na żywo nigdy Jana Pawła II nie widziałam. Jeśli chodzi o pamiątki, to 3 lata temu na totalnie pustej drodze w Toskanii, gdzieś na wsi, natknęliśmy się na małą, przydrożna kapliczkę, w której było zdjęcia papieża 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany. Pola obowiązkowe są oznaczone *

Close